Kiedy nie dopuszczasz tej myśli
Mówisz: zmęczenie. Presja. Trudny czas. Zaciskasz zęby, układasz plan. Działasz dalej.
Przecież ogarniasz. Przecież nie możesz teraz „odpaść”.
A jednak…
Czasem przychodzi taki moment, kiedy już nie da się poukładać myśli. Już nie da się zagłuszyć ciała.
Ten wpis powstał dla Ciebie, jeśli jesteś właśnie: między logicznym porządkiem a emocjonalnym chaosem, między mobilizacją a wyczerpaniem, między „muszę” a „chcę”.
Zanim nazwiesz to, co naprawdę się dzieje, pozwól, że pokażę Ci lustro.
Nie mówisz o sobie: wypalona
To słowo wydaje się zbyt mocne. Zbyt ostateczne. Pasuje do innych, tych, które się poddały, odpuściły, których „coś przerosło”.
Nie do Ciebie.
Bo przecież ogarniasz. Działasz. Jesteś silna, odpowiedzialna, dobra w tym, co robisz.
Może czasem zmęczona. Może trochę rozdrażniona. Może rozczarowana, ale przecież to tylko chwilowe. Tylko życie. Prawda?
Tak mówisz, do czasu. Bo coś w Tobie zaczyna gasnąć. Nie gwałtownie. Nie dramatycznie. Tylko tak, po cichu.
Najpierw nie cieszy to, co kiedyś cieszyło. Potem wszystko zaczyna męczyć. Potem nie da się już spać. Oddychać. Myśleć. Aż w końcu nie da się już udawać. Że to minie.
Wypalenie nie przychodzi z hukiem
Czasem przypomina mgłę, która powoli zasnuwa codzienność. Czasem jest jak przeciąg, wywiewa sens, a zostawia obowiązki. A czasem jak kamień w bucie.
Na początku mały i ledwo wyczuwalny. Ale z każdym kolejnym krokiem coraz bardziej przeszkadza. Najpierw tylko lekko uwiera. Później odbiera radość z drogi. Aż w końcu nie pozwala już iść dalej.
Z wypaleniem jest podobnie. Nie widać go z zewnątrz. Ale nosisz je w sobie. Codziennie. I każdego dnia uwiera trochę mocniej.
Wiem, co piszę. Bo dokładnie tak się czułam. Choć zaczynało się niewinnie.
Najpierw przestało mnie cieszyć to, co kiedyś dawało radość. Potem byłam coraz bardziej zmęczona, mimo że robiłam coraz mniej. Nie potrafiłam podjąć prostych decyzji. Później: ból w klatce. Paraliż nóg. Bezsenność. I odruch wymiotny na myśl, że jutro znowu do pracy.
Aż w końcu nie dało się już udawać.
Dziś nie żałuję, że przez to przeszłam. Ale gdybym mogła dać sobie wtedy jedną radę, powiedziałabym najprostszą z możliwych: zatrzymaj się.
Pierwszym krokiem bywa po prostu zatrzymanie się
Nie trzeba od razu wszystkiego nazywać. Nie trzeba niczego naprawiać, planować ani postanawiać. Czasem pierwszym krokiem jest zwyczajne wyjęcie kamienia z buta i usiądnięcie na chwilę przy drodze.
Kilka dni, w których nikt niczego od Ciebie nie chce. Nikt nie pyta, na kiedy. Nikt nie puka do drzwi. Śpisz tyle, ile potrzebujesz. Jesz wtedy, kiedy jesteś głodna. Wychodzisz, kiedy masz ochotę, i wracasz, kiedy chcesz. Ból może jeszcze chwilę zostać, ale przestaje blokować.
To nie jest rozwiązanie. To jest miejsce, z którego w ogóle widać, co dalej. Bo dopóki idziesz bez przerwy, nie masz z czego patrzeć.
Jeśli chcesz zostać przy tym temacie jeszcze chwilę, napisałam też o tym, jak odróżnić jedno od drugiego.
Czy to już wypalenie, czy tylko zmęczenie?
Takie zatrzymanie stworzyłam u siebie: dwa domy w Osiecznicy w Borach Dolnośląskich, godzinę i czterdzieści minut autostradą A4 z Wrocławia, 1,8 km od Zamku Kliczków, cały obiekt zawsze dla jednej rezerwacji, dla dorosłych, do 6 osób, z sauną i jacuzzi tylko dla Was.
Jeśli poczujesz, że to jest to, czego teraz potrzebujesz, zapraszam Cię tutaj.


